blog.etransport.pl
Podwójna ciągła
  
Nasze Małe Ojczyzny. Część I.
2017-04-16
Każdy z nas ma jakiś dom, nie w sensie metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej, ile raczej miejsca, do którego się wraca, to sąsiedzi, miasteczko czy wieś, lokalne zwyczaje, historia, zdarzenia, które najczęściej dzieją się, gdy jesteśmy daleko od domu.  Nasze małe ojczyzny są gdzieś w nas, na dnie naszych bijących w rytm kierunkowskazów  i ścierających deszcz z przedniej szyby wycieraczek serc, i do tych miejsc tęsknimy, gdy dzieli nas od nich wiele dni jazdy i tysiące kilometrów.
   Dziś chcę Wam opowiedzieć o mojej małej ojczyźnie widzianej przez pryzmat kilku zdarzeń, które będę przedstawiał w kolejnych publikacjach. Dziś zacząć chcę od tego, o czym czyta się najchętniej, czyli od patologii, innymi słowy opowiem Wam jak powstała u nas mafia.
   Americano to był zwykły wiejski pijaczek, którego urodziwa, mądra i pracowita siostra wyjechała kiedyś do USA jako opiekunka do dzieci. Zdolna i niebrzydka dziewczyna szybko złapała język, ukończyła szkołę i wyszła za sympatycznego chłopaka o silnych polskich tradycjach i korzeniach, ale już stamtąd. Po kilku latach urządziła się i zaprosiła swojego brata - nieroba w odwiedziny.
Toż to była sensacja! Taki leń, taki pijaczyna ubogi, taki tuman, taki ćwok bez szkoły leci do USA!
   Sam Americano podszedł do wyjazdu bardzo serio: ostrzygł się, umył, ogolił, kupił nowe ubrania, buty i wyczyścił paznokcie. Oczywiście nie zapomniał o przyjęciu pożegnalnym dla kolegów z tanim winem i parówkami w roli głównej. Rano wsiadł w autobus i pojechał na lotnisko. Koledzy ponownie opili jego wyjazd i alkoholem głuszyli tęsknotę po przyjacielu. W niespełna trzy dni później padło im na wzrok, wszystkich dopadła totalna delirka i zbiorowe halucynacje. Oni siedzieli w parku, a w ich stronę szedł Americano i przyjaźnie machał już od przystanku. Otworzyli szybko kolejne wino, by odegnać zjawę: zgiń, przepadnij nocna maro! Ale zjawa szła szparko w ich kierunku i niczym łańcuchami dzwoniła butelkami jabola w parcianej torbie. Americano w Stanach był niepełne 4 godziny. Urzędnicy Imigration Office nie potrafili się z nim dogadać, bo schlał się w samolocie lecącym do Stanów, więc zawrócili głupiego Polaczka następnym lotem. Wytrzeźwiał na Okęciu. Był tak dumny i tyle opowiadał o USA, że ksywa "Americano" przylgnęła do niego.
 Minął jakiś czas, i gdy fala uśmiechu opadła i przebrzmiała, Americano et consortes błysnęli znów.
   Nie bardzo miały te łachy cmentarne za co pić, więc rada w radę i pod światłym przewodem Americano umyślili, że założą mafię! Taka tam i mafia: ubrały się dziady w garnitury z lat 70., koszule z kołnierzykami jak pistolety, buty, które nigdy nie widziały szczotki i ruszyli na podbój miasteczka!
 Wpadli już w pierwszym sklepie; ekspedientka Kasia, która na szpilkach i w kapeluszu z długim piórem liczyła 150cm wyjechała na nich ze szczotką, narobiła wrzasku i tak próba wymuszenia haraczu w postaci 4 butelek nalewki została odparta. Przenieśli się tedy na pobliski bazarek; owszem, coś tam rozrabiali, komuś wywrócili stoisko, wypuścili kury z klatek, więc ludzie dla świętego spokoju dawali im po złotówce, po dwa złote, na winko zawsze mieli, a na policję nikt niczego z nie zgłaszał, wiadomo, prowincjusze organów ścigania boją się jak ognia i wystrzegają jak diabeł święconej wody.
 Za to Americano i jego kumple zmężnieli, okrzepli i jak wszystkie wsiowe przygłupy zaczęli mylić strach z szacunkiem i zaczęły te obrzympały szumieć w kilku okolicznych miejscowościach. Wkrótce o ich działalności dowiedzieli prawdziwi chłopcy z miasta, jakoś tak ich namierzyli i umówili się na spotkanie. Dopiero to wbiło Americano i jego kumpli w prawdziwą dumę: prawdziwa mafia do nich zjeżdża, będą dzielić wpływy i terytoria!
  Jakoż spotkali się. Z jednej strony wsiowe dziady, szczerbate, niedomyte, otumanione tanim winem, z drugiej chłopaki z miasta, byczki wytrenowane na siłowniach, zaprawieni w bójkach, w markowych ubraniach drogich firm, ze złotymi kajdanami na nadgarstkach, pachnący markowymi perfumami i naturalnie w lśniącym BMW.  Nasi rodzimi mafiozi zaczęli precyzować swoje żądania  i określać pretensje terytorialne. Tamci słuchali chwilę, a gdy skończyli się śmiać puścili  na nich psa, pit-bulla. Mafia w nogi, pies za nimi, i jakby wiedział kogo gonić bo dopadł i poharatał dupę Americano.
 Gdy emocje już opadły i oprzytomniały  Americano stojąc ( bo siedzieć nie mógł jeszcze długo) żalił się w parku żałośnie:
"PUT -BILLEM mnie poszczuł, PUT BILLEM!..."
Koledzy smętnie kiwali głowami.
Ktoś tę skargę usłyszał i tak zniknął Amerciano, a narodził się Putbil. Tak trwa do dziś.
   Jak wiadomo wiejskie antagonizmy między miejscowościami są silne i trwają wiele, wiele lat. Są one na tyle trwałe, że choć opisana sytuacja zdarzyła się jakieś 10 czy 12 lat temu, to nasi sąsiedzi z pobliskich wsi mają podstawę i asumpt, by naszą skromną wieś w przypływie złości nazywać "Bruklin Wielkopolski". Pisownia jest właściwa, i choć odnosi się do znanej dzielnicy zła i mordu, to  moim zdaniem podkreśla terytorialną i zwyczajową odrębność naszej wsi...
  Ciąg dalszy z pewnością nastąpi....
 
Yeti
Wasze komentarze (20) »
trucking
(2017-04-18 20:02:13)
PUT-BILLEM!!!
Padłe m na pysk, krztusząc się popijanym własnie Carlsbergiem...
Ale ten Bruklin Wielkopolski...
To już brzmi groźnie ; )
Yeti
(2017-04-19 22:18:38)
Ja czekam na Wasze historie... Trucking, wierz mi, ze takich smaczków mam jeszcze
kilka do publikacji, ale ciekaw jestem, czy tylko w WLKP są takie klimaty... ?
Leeon
(2017-04-20 14:33:40)
\"Każdy z nas ma jakiś dom, nie w sensie metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej,
ile raczej miejsca, do którego się wraca, to sąsiedzi, miasteczko czy wieś, lokalne
zwyczaje, historia, zdarzenia, które najczęściej dzieją się, gdy jesteśmy daleko od
domu. \"
Tak prawisz i... dobrze prawisz.
Jestem Dolnoślązakiem, kiedy przeniosłem się w Świętokrzyskie długo nie wiedziałem
gdzie jest mój dom.
Jak jechałem do pracy do Wrocławia, to mówiłem że jadę do domu. Jak wracałem do
domu, to mówiłem że jadę na szkieletczyznę. Po jakimś czasie do pracy jechałem do
domu, a wracałem... też do domu. Później - do pracy, to do pracy a na szkietetczyznę
- do domu.

Po kilku latach mieszkania w Anglii, wracałem samochodem do... domu (?) Gdy
zjechałem z promu w Dover i zacząłem jazdę po normalnej (lewej) stronie -
powiedziałem sobie \"coorwa! nareszcie w domu\"

Gdzie zatem jest ten mój dom?
Mam ich wiele?
Czy jestem bezdomny?

Histori i o jakich piszesz każdy z nas ma... wiele, nie każdy z nas potrafi je
opowiedzieć w taki jak Ty sposób. ; -)
Zobacz więcej »

etransport.pl - nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum i autorów publikacji na stronach parking.etransport.pl. Osoby zamieszczające wypowiedzi i publikacje naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.