blog.etransport.pl
Okiem Shellmy
  
W razie "W"
2009-06-06

Huk! Zupełnie niespodziewanie! Jak to? Spokojna dzielnica, pusta droga, nic przed nami... Co jest? Przed maską widzę turlające się kaski... przewrócony motocykl??? Ludzie na drodze!!! Szok!!! Co się stało??? WYPADEK?!


Zajęcia z pierwszej pomocy pamiętam jak przez mgłę. Kilka haseł. Czas! Tak, czas, trzeba szybko! Tylko - co??? Jest ze mną strażak – zawodowiec. On już wyskoczył z samochodu, jest przy poszkodowanych. Co ja? Telefon! Trzeba wezwać pogotowie!!! Torebka wywrócona do góry nogami – gdzie jest komórka???? Na kolanach! Przecież przed chwilą rozmawiałam z mamą – pytała, kiedy wrócimy. Wybieram numer. Wszak trzeba szybko... pogotowie... jaki to NUMER??? I nagle okazuje się, że w głowie mam numer na policję (997), do straży pożarnej (998), a na pogotowie... JAKI??? Kiepsko sobie radzę w sytuacjach stresowych. Fakt. Nie tak, jak oczekiwałabym od siebie. 999! Udało się! To tylko ułamki sekund, a przecież – liczy się każda sekunda, gdy chodzi o ludzkie życie.


Przedstawiam się, tak mnie uczono na różnych kursach (wierzyć się nie chce, że wielokrotnie byłam szkolona z zakresu udzielania pierwszej pomocy, a jednak stres bierze górę nad rozsądkiem, zimną krwią). I mówię, że wypadek. - "Gdzie się wydarzył? Jaki???" Irytuje mnie pani w słuchawce. Staram się odpowiadać rzeczowo, ale dlaczego ona zadaje głupie pytania? Przecież nie ma czasu na rozmowy! Zresztą, sama jeszcze nie wiem, co się stało. Trzeba działać, przysłać karetkę, a ona - pyta, jakby nie wiedziała, że bardzo poważna sprawa. - "W jakim stanie są poszkodowani?". Skąd mam wiedzieć?! Nie znam się! Wypadek, motocykl, samochód... Kolejnych kilka sekund mija - już "dogadałyśmy się". Ona daje mi spokój, nie dręczy pytaniami. Wydaje dyspozycję i za parę chwil na miejscu będzie karetka. Uf!


Wychodzę z samochodu. Co robić? Mimo całej traumy, czuję się bezpiecznie. Jest mój mąż. On potrafi zachować się w takich sytuacjach i wiem, że wystarczy zdać się na niego. Zdałam się - i przede wszystkim: NIE PRZESZKADZAłAM :-) To tak po krótce. Pogotowie przyjechało bardzo szybko. W międzyczasie mąż - strażak "pilnował" ofiary wypadku:  motocyklistów, którzy zderzyli się z naszym autem. Kierowca nie zauważył, że skręcamy w lewo. Nałożyły się dwa manewry: my skręcaliśmy, a oni nas wyprzedzali. I takich przypadków z udziałem motocyklistów znam kilka. ..


Na szczęście nie było krwi. Źle znoszę jej widok. Nie nadaję się do pracy w tzw. służbach specjalnych. Co nie zmienia faktu, że powinnam umieć się zachować. To tylko jeden z wypadków, przy którym miałam "przyjemność" uczestniczyć osobiście.


Teraz napiszę o kilku aksjomatach. Wszyscy o nich wiemy, ale nie każdy potrafi zachować zimną krew, gdy dochodzi do wypadku. Sądzę, że raz na jakiś czas warto odświeżyć niektóre informacje, aby w określonych sytuacjach nie tracić czasu na myślenie, tylko: działać. I to działać właściwie.



Bardzo ważną sprawą jest zaalarmowanie odpowiednich służb. Choć media bardzo głośno promują numer 112 jako ten najbardziej uniwersalny, to - po przełożeniu na warunki polskie - okazuje się, że to, co jest najbardziej uniwersalne, jest najmniej skuteczne. W zależności od regionu, z którego dzwonimy, może odebrać nasze zgłoszenie policjant, strażak, bądź pielęgniarka, czy inny pracownik administracyjny. Powiadomiona osoba (która musi od nas zebrać najpotrzebniejsze dane) przekazuje informację dalej. Innymi słowy - ucieka czas. Bezpieczniej od razu  powiadomić tę  instytucję, której pomoc jest najbardziej niezbędna.


Nie da się sformułować uniwersalnych rad na okoliczność każdego wypadku. Pomysłowość ludzka nie zna granic, czyli - nie przewidzimy każdej sytuacji. Na kursach dostajemy wyraźne wytyczne - że trójkąty, gaśnice, odległości, rodzaj świateł, ilość wdechów, że apteczki, że... i tak dalej. To teoria, której nie ruszam. Zakładam, że czytelnicy ją znają. Najważniejsza jest praktyka, najważniejszy jest człowiek.


Dobry ratownik, to żywy ratownik. Innymi słowy, koniecznie trzeba szybko zadziałać, aby zabezpieczyć miejsce wypadku. Należy dbać nie tylko o życie poszkodowanych, ale również o bezpieczeństwo ratujących. Grunt, to być skutecznym i widocznym (czasami warto nawet naruszyć prawo) - od ustawienia trójkąta, poprzez włączenie świateł awaryjnych, po - nawet - zasłonięcie miejsca wypadku bryłą swojego (kogoś innego) auta. Ktoś może zarzucić, że zestaw ustawiony w poprzek drogi może spowodować karambol - kolejne ofiary, dlatego powtarzam: bardzo ważne jest zabezpieczenie i WIDOCZNOść/OZNAKOWANIE, które należy dostosować do okoliczności.



Warto pamiętać, żeby na siłę nie wyciągać ofiar z uszkodzonych pojazdów (w myśl zasady primum non nocere - po pierwsze: nie szkodzić). Jeżeli auto nie sprawia wrażenia, że jest niebezpieczne dla ofiary, a ona sama jest przytomna, świadoma, nie ma widocznych krwotoków - bezpieczniej jest zaczekać na profesjonalistów, a poszkodowanego/-ych w tym czasie wspierać samą swoją obecnością, rozmową itp.



Inaczej ma się sprawa, gdy istnieje ryzyko np. pożaru, bądź poszkodowany/-ni nie dają oznak życia. Trzeba działać wtedy bardziej konkretnie. Nie zawsze uda się bezproblemowo otworzyć drzwi. W takich przypadkach pozostaje zmierzenie się z szybami, co wymaga sporej ostrożności (szyby boczne są zwykle ze szkła hartowanego = rozpadają się na małe ostre kawałki, szyby przednie i tyle - ze szkła klejonego = mimo pęknięcia, pozostają często jako jednolita tafla, a czas ucieka...).



Zaraz po dostaniu się do takiego pojazdu, należy wyjąć kluczyki ze stacyjki (odcinamy w ten sposób zasilanie, które może okazać się groźne), pamiętając jednocześnie, by zostawić je w samochodzie (mogą być potrzebne np. przy usuwaniu pojazdu z drogi). I - po raz kolejny - musimy pamiętać, że najważniejszy jest człowiek - zarówno ofiara, jak i ratujący. Dostosowujemy nasze działania do sytuacji.



Wiadomo, że gdy auto stoi w płomieniach, trzeba użyć gaśnicy samochodowej. Nie należy się bać eksplozji zbiornika paliwa - podobno nie wybuchają zbyt szybko (fakt, to małoprecyzjne określenie - ostrożności nigdy za wiele).



Powinniśmy pamiętać, że człowiek bez oddechu wytrzyma średnio około trzech, czterech minut. Nie ma czasu na zastanawianie się - trzeba brać się za reanimację. Nie pozostaje nic innego, jak tylko udrożnić drogi oddechowe i wziąć się za masaż serca (nawet do pół godziny). Bez wprawy możemy komuś połamać żebra, ale to i tak niska cena za uratowanie mu życia.



Mój tekst nie jest ani naukowy, ani instruktażowy. Od tego są poradniki i kursy. Zawarłam tutaj sugestie i przypomnienia osób, które zawodowo zajmują się pomaganiem ofiarom wypadków. Zależy im na upowszechnianiu takich "oczywistych oczywistości", by minimalizować straty związane ze skutkami ludzkich (nie tylko) błędów. Każdy z nas może być świadkiem, ofiarą, czy nawet sprawcą wypadku. Często nie mamy wpływu na to, co się wydarzy. Jesteśmy uzależnieni od innych użytkowników dróg. W zamian mamy wpływ na siebie, na nasze zachowanie w obliczu nieszczęścia. Bądźmy ludźmi! :-)



P.S. Jeżeli ktoś czuje, że zmarnował czas czytając ten tekst, to bardzo go przepraszam. Jednocześnie wierzę, że przynajmniej poruszyłam pewną strunę w czytelnikach, która odpowiada za odpowiedzialność za życie własne i innych. Być może ktoś jeszcze dziś sięgnie po fachową literaturę, by przypomnieć sobie zasady udzielania pierwszej pomocy?


Pozdrawiam!












Shellma
Wasze komentarze (129) »
Skomentuj »

etransport.pl - nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum i autorów publikacji na stronach parking.etransport.pl. Osoby zamieszczające wypowiedzi i publikacje naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

Shellma o sobie

O mnie? Nie lubię pisać o sobie. Inni robią to za mnie. Dużo tego było, nie sposób ogarnąć:D. A że lubię cytaty, o to jeden z nich: "~Ł ysy (2009-06-03 12:55:44) Jednym słowem, prawda boli zakłamane owieczki. Shellma tak trzymaj, wal prosto w zakłamane patrzały. Jest to jedyny sposób dotarcia do hipokrytów.".