blog.etransport.pl
...wszystkie drogi prowadzą do ludzi. (spostrzeżenia jeżdżącego pod prąd)
  
Azyl
2015-12-26

   Wigilia to magiczny dzień.  Różne dni, dla różnych osób są ważne. Dla każdego jakiś inny dzień jest tym, który jest wyjątkowy. Jednak wigilia to dzień który większość z nas pragnie przeżyć: z tą jedyną, z tym najważniejszym, w gronie rodziny, czy wśród przyjaciół. Inne ważne dni nie mają aż takiego znaczenia. Są to najczęściej daty urodzenia kochanej (kochanego), dzieci, czasem rodziców. Rocznice ważnych wydarzeń z życia naszego czy naszych bliskich. Co jednak w  wigilię ma robić człowiek który nie ma nikogo? Taki którego dzieci mają już swoje życie. Taki którego miłość życia – już nią nie jest. Taki którego przyjaciele mają nowych przyjaciół. Człowiek taki szuka swojego miejsca – azylu. Tam może zapomnieć o tym że, nie wszystko jest takie jakie jest. A jest takie, jak być powinno. Azyl pozwala budować rzeczywistość równoległą, taką w której wszystko idzie po naszej myśli. W azylu – ci którzy nas opuścili są z nami.

   Od wielu już lat święta i inne rocznice, to dla mnie dni których nie lubię. O ile to możliwe staram się ich nie celebrować. Nie pamiętam o własnych urodzinach, choć czasem przypomina mi o nich sms od kogoś kto nie zapomniał - czyli od banku i ubezpieczyciela. Od dawna już,   magiczne dni spędzam w swoim azylu. Dla jednego azylem jest pokój na poddaszu, dla innego pub za miastem, dla jeszcze innego cicha kapliczka. Mój azyl to … kabina ciężarówki. Dziwne to miejsce, spędziłem tam już 30 lat a ciągle nie mam dość. To znaczy – mam i to jak bardzo mam, ale nie umiem się od tego uwolnić. Kiedy jestem w swojej kabinie, gdzie wszystko jest mi znane, gdzie nie ma niespodzianek, mogę poluzować wodze fantazji. Mogę być wtedy z Ivy. Mogę powozić zaprzęgiem moich psów. Na pozycji lidera - Buran – 80 kilogramowy, łagodny jak kot, Syberian Malamut,   drugi w zaprzęgu; swing – Amor – stary Husky o jednym niebieskim i jednym szarym oku. Za nim młodziki; Amon i Ozyrys, na końcu wheel. Na tej pozycji potężny i agresywny Argus.  Zawsze gdy wychodzę z uprzężą, psy wiedzą że czeka je bieg i zachowują się jak dzieciaki do których ma za chwilę przyjść Święty Mikołaj. Skaczą, piszczą i biegają w koło, nawet Amor daje się ponieść zabawie. Gdy psy są już na swoich miejscach z domu wychodzi Ivy. Ma na sobie polarny kombinezon, wysokie futrzane buty i kolorowy szalik. Na oczy zakłada gogle. To jest dla mnie znak że możemy ruszać, głośno podaję komendę – Haik - i psy rozpoczynają bieg. Na początek - jakby z trudem, następnie coraz szybciej i szybciej tak jakby bieg ich nie męczył. Mroźne powietrze zamienia w parę ich i mój oddechy. Biegniemy zazwyczaj 20-25 kilometrów. Biegniemy przez las wzdłuż rzeki Vindelalven która nie zamarza nawet w największe mrozy, przecinamy zamarznięte jezioro i pełne zasp polany. Ivy śmieje się głośno, psy szczekają radośnie a ja jestem szczęśliwy.  Kiedy zbliżamy się  do domu, podaję psom komendę – Whoa, wtedy one zwalniają a po chwili stają w miejscu. Ivy schodzi z sań i idzie do domu, ja muszę zdjąć uprząż z psów i nasmarować ją tłuszczem, wyczyścić sanie, nakarmić i napoić psy. Gdy się już z tym wszystkim uporam, wchodzę do domu. Ivy jest już przebrana, pomaga mi zdjąć kombinezon, otrzepuje go ze śniegu i wiesza na haku. W kominku wesoło płoną szczapy drewna, jest ciepło i przyjemnie. Ewa Małas-Godlewska i Jose Cura śpiewają " EmOcean". Kładę się na skórach reniferów rozłożonych na podłodze, patrzę w ogień i słucham muzyki. Lekkie skrzypienie drzwi, na ścianie pojawia się światło wpadające z kuchni, wchodzi Ivy, niesie tacę a na niej wysoki kieliszek z czerwonym winem dla siebie i stary, poobijany, cynowy kubek w dwóch trzecich wypełniony  pięćdziesięcio-procentowym destylatem dla mnie. Siada obok, nic nie mówi, tylko pomału pije czerwone wino, ja szybkim haustem- tak jak by to był ostatni haust w moim życiu, wypijam zawartość swojego garnucha. Patrzę w wielkie, wilgotne oczy Ivy i jak w lustrze widzę swoje odbicie.

   Tegoroczna wigilia miała być taka jak poprzednie. Na ochotnika zgłosiłem się do pracy. Planerzy byli w niebo wzięci. Przynajmniej jeden – którego nie trzeba było korumpować obietnicami. Gdy wjechałam na autostradę, poczułem zimny wiatr, czekałem na czas kiedy będę mógł zaprząc psy, ale pomimo mojego wołania nie przychodziły. Obejrzałem sanie, płozy były pokryte rdzą a rzemienna uprząż była sparciała. Wszedłem do domu, tu było wszystko w porządku, ogień w kominku, Ewa i Jose śpiewali "Song of Lowe". Drzwi uchyliły się i weszła Ivy, podała mi garnuch z destylatem, w ręce trzymała swój kieliszek z winem. Gdy usiadła obok mnie poczułem ten sam zimny powiew wiatru co na autostradzie. Popatrzyłem w jej oczy, odbijała się w nich twarz. Nie była to moja twarz.

Leeon
Wasze komentarze (18) »
Kinia_etransport.pl
(2015-12-27 13:40:42)
Taki Twój wybór ale... i tak jakoś smutno mi się zrobiło
ese
(2015-12-27 13:47:09)
Oby rzeczywistość stawała się bardzo szerokim azylem, w którym wszystko idzie po
naszej myśli..
capri
(2015-12-27 14:44:38)
"Azyl pozwala budować rzeczywistość równoległą, taką w której wszystko idzie po
naszej myśli. "
Bywa, że trzeba szukać azylu dla myśli. Żeby nie oszaleć. Ot, takie "BHP" dla
głowy. Ale końcowe zdania pokazują, że nawet ta równoległa rzeczywistość czasem
zawodzi...
W sumie... smutno się robi. I przeraźliwie... zimno. Nie sądzę, że tylko z powodu
Burana, Ozyrysa, Świętego Mikołaja, Laponii i Vindelalven. Mocno wierzę, że to tylko
refleksje o życiu, nie samo życie...
Zobacz więcej »

etransport.pl - nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum i autorów publikacji na stronach parking.etransport.pl. Osoby zamieszczające wypowiedzi i publikacje naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.