blog.etransport.pl
...wszystkie drogi prowadzą do ludzi. (spostrzeżenia jeżdżącego pod prąd)
  
AURORA
2015-07-09

       W trzecie milenium wszedłem wyprostowany, z głową podniesioną i pełną pomysłów. Byłem small business’manem. Bardzo małym co prawda, bo jedynym przeze mnie zatrudnionym byłem ja sam. Niemniej miłościwie nam panujący: Prezydent Aleksander-Filipińska-Goleń i Premier Leszek-Który-Wie-Jak-Kończy-Mężczyzna, mówili mi że jestem solą ziemi, tej ziemi. Jakiż byłem naiwny, wierząc w zapewnienia tych patafianów. Zamiast klimatu dla małych biznesmenów stworzyli klimat dla dużych hochsztaplerów. Po trzech latach ich rządów byłem kompletnie spłukanym i zadłużonym byłym przedsiębiorcą. Nie dość że kreatury dla których jeździłem nie uważały że trzeba za usługę zapłacić, to urzędasy twierdziły że od faktur które wstawiłem muszę zapłacić podatki: VAT i dochodowy. Ci którzy nie płacili za usługi - takim jak ja maluczkim, od tych samych urzędasów i polityków dostawali zwrot VAT,   ulgi i zwolnienia podatkowe.

        Moja przygoda z przedsiębiorczością dała mi jedno ważne doświadczenie: „wyżej chuja nie podskoczysz”. Z takim nastawieniem,   już nie wyprostowany, a lekko pochylony postanowiłem odzyskać co moje i zacząć wszystko od nowa. Zbliżało się nowe, słupki poparcia dla czerwonych kanalii leciały w dół z prędkością z jaką Małysz gnał w stronę progu na skoczni w Planicy. A im bardziej spadało czerwonym, tym bardziej we mnie rosło przekonanie że dam radę. No i stało się! W Polsce władzę przejęli bliźniacy. Pomyślałem sobie „dobrze jest”, prawi i sprawiedliwi nie pozwolą mnie krzywdzić.  Moja radość lekko osłabła, gdy dowiedziałem się że bracia na odcinek sprawiedliwości posłali dwóch swoich janczarów. Ascetę-Mariusza K. (już skazanego) i Paranoika-Zbysia Z. (jeszcze nie skazanego). Moje obawy okazały się zasadne, wysłannicy prawych i sprawiedliwych orzekli że jestem krwiopijcą (to że piłem krew tylko ze swojego garba ich nie interesowało) i uszczupliłem dochody państwa przez niepłacenie podatków. Wysoki Trybunał, przed oblicze którego zostałem zawleczony – stwierdził że mam zapłacić zaległe podatki (od pieniędzy których nie widziałem na oczy) plus odsetki. Natomiast ci którzy takim jak ja nie płacili, otwierali kolejne firmy i z ekranów telewizorów uczyli nas jak prowadzić zdrowy i uczciwy biznes. Po raz kolejny dostałem od życia (władzy) kopa w miejsce gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę.

     Cóż było robić? Spieniężyłem zbędne (i niezbędne) ruchomości, zapłaciłem fiskusowi co jego, zapakowałem się w samochód i pożegnawszy się z familią pojechałem za chlebem. Byłem mocno sponiewierany, ale dalej stałem na nogach, powiedziałem sobie że nigdy nie uklęknę. Nie miałem żadnego planu, a że z zachodnich języków znałem tylko język wroga, naturalnym kierunkiem podróży był zachód. Dlatego pojechałem na północ. Dojechałem do morza, promem dopłynąłem do Sztokholmu, a potem drogą E4 – wzdłuż Zatoki Botnickiej jechałem na północ. W Umea z drogi E4 skręciłem na zachód, na drogę E12, przejechałem Lycksele a po kilkudziesięciu kilometrach skręciłem w prawo w kierunku Mala. Przejeżdżając przez wieś Norrbyberg przed jednym z domów zobaczyłem tablicę z napisem „Stuga”, a pod spodem napis po niemiecku  „zu vermieten”. Zatrzymałem się i zacząłem szukać jakiegoś tubylca, zjawił się po chwili. Miał ze dwa metry wzrostu, siwą czuprynę, siwo rudą brodę i szeroki uśmiech na gębie. Przedstawił się; Szel (później dowiedziałem się że pisze się to imię Kiel). Dobiliśmy targu i po kilkunastu minutach wprowadzałem się do mojej nowej siedziby. Przez następny tydzień szukałem pracy, a że nie mówiłem po szwedzku ani po angielsku (tu prawie wszyscy znają ten język) nie miałem łatwo. Zajęcie znalazłem w lesie, a to dlatego że leśniczy znał język niemiecki. Tym oto sposobem zostałem drwalem w Laponii. Wycinaliśmy (i sadzili) lasy w okolicach Lycksele i Storumanu, ale też za kręgiem polarnym od Jokkmokku do Kiruny.

      Jedną z niewielu rozrywek Lapończyków jest picie wódki. Zajęcie dobre jak każde inne, ale niestety okrutnie drogie. Cena zero-siódemki, w przeliczeniu na nasze, to około 100 złotych. Dlatego miejscowi raczą się domowymi wyrobami i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to że te ich wyroby smakowały jak ruska nafta pomieszana ze szczynami łosia. Postanowiłem coś z tym zrobić, Kiel wpuścił mnie do swojej rupieciarni i powiedział żebym wziął co potrzebuję. Z klamotami jakie wygrzebałem poszedłem do garażu Kalle’go i tam skonstruowaliśmy wieżę filtracyjną. Od tego dnia życie w Norrbybergu i okolicy stało się o wiele znośniejsze. Na początku robiłem tylko  żytniówkę, ale po jakimś czasie ze skraplacza wydostawał się calvados, grappa czy metaxa. Byłem jak Panoramix, zamieniałem zwykłe owoce w napój magiczny. Znów się wyprostowałem, nie dość że ciężko pracowałem w lesie (za bardzo godziwe wynagrodzenie) to jeszcze mogłem dawać przyjaciołom to czego potrzebowali. Słowiański alchemik wśród Wikingów.

        Po roku mojej pracy w Laponii w odwiedziny przyjechała rodzina. Liczyłem na to że zachwycą się tym miejscem (jak ja) i zostaną tu ze mną. Myliłem się, po dwóch tygodniach wiali stamtąd jakby gonił ich wściekły rosomak. Sam wytrzymałem tam jeszcze tylko rok. Chodziłem do pracy, a czas wolny spędzałem w piwnicy przy mojej aparaturze. Najbardziej lubiłem początek zimy. Noce, kiedy na niebie zorza polarna dawała darmowe spektakle. Siadałem na ganku swojej chaty (był od strony północnej), owijałem się w skórę renifera, brałem flaszkę swojego wyrobu, patrzyłem i od czasu do czasu trąbiłem w puzon. Na niebie widziałem czerwone ognie wystrzeliwane z Wezuwiusza które za chwilę zniszczą Pompeje. Widziałem zielone tancerki – zgrabnie przeskakujące sztormowe fale. Widziałem dym wydobywający się z ogniska wokół którego zebrani Eskimosi opowiadali swoje przygody. Którejś mroźnej  nocy, jak zwykle siedziałem na ganku i gapiłem się na taniec świateł, tego dnia nie tylko patrzyłem ale też słuchałem. Była to muzyka nieznana mi wcześniej, tak jakbym słyszał trąbkę Louisa Armstronga w duecie ze skrzypcami Nigela Kennedy’ego. Był to najlepszy koncert jaki kiedykolwiek słyszałem.

       Ktoś szarpał mnie za ramię, bił po twarzy. Chciałem wrzasnąć ale nie mogłem wydobyć głosu. Gdy się w końcu obudziłem, leżałem na swoim łóżku, obok stał Lars (kierowca wożący mleko), patrzył na mnie tak jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. Spytałem go: to ty mnie tu przyniosłeś? Skinął twierdząco głową. Zadałem kolejne pytanie: to ty lałeś mnie po pysku? Odpowiedział że tak i dodał: chyba za późno i za mało. Widząc że nie wiem o co mu chodzi powiedział: Aurora jest jak zaborcza kochanka. Gdy ją tylko podglądasz jest dla ciebie miła, ale kiedy gapisz się na nią pożądliwie, wtedy może być groźna, jeśli jednak zorientuje się że ją podsłuchujesz. .. wtedy cię zabije.   

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                          Wieczór nad jeziorem.

                                                    Zielone tancerki.

                  Droga do pracy.

                                             Grzybobranie

                                                   Szczupaki.

                                                   Wschód-Zachód.

                                              Letnie wędkowanie.

                                           Deszczowe wędkowanie.

                                          Przerwa w pracy.

                           Unikanie pracy.

                                      Opowieść Eskimosa.

           Vindelälven - Latem to. .. najlepsze miejsce na pstrągi ;-)



Leeon
Wasze komentarze (16) »
Juno
(2016-04-30 09:03:58)
Myślałeś o tym żeby tam wrócić? Ja bym wróciła i została na zawsze.
capri
(2016-04-30 10:55:44)
Proste. Gorzkie, ale z nadzieją. Dobrze, że najpierw był tekst, dopiero potem
zdjęcia, bo to nie odebrało pola dla wyobraźni czytelnika. Poza tym po ich obejrzeniu
mógłby się zmienić odbiór słów - na przykład tak, że powinieneś podziękować obu
politycznym opcjom, że Cię w takie miejsce \"wystrzeliły\" :) To bezcenna umiejętność
tak poetycko pisać o prozie... i o słono - gorzkich smakach życia...
ese
(2016-04-30 22:40:40)
Cóż tu dodać... Niezbyt na temat, ale przyszło mi do głowy buńczuczne \"a ja to
bym... !!\", które się z nieotartych od mleka ust daje słyszeć. I w ślad \"wybacz
mu/im, albowiem (z głupoty, braku doświadczenia i młodości) nie wie co mówi.. \". A
to życie. Podziw i uznanie. Szacunek.
Zobacz więcej »

etransport.pl - nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum i autorów publikacji na stronach parking.etransport.pl. Osoby zamieszczające wypowiedzi i publikacje naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.