blog.etransport.pl
Truck'N'Roll
  
Lunch
2017-01-13

Lunch

Mickey  "The Frenchman" był bity przez swoją żonę. Na pewno. Widzieliśmy to po siniakach na jego twarzy, po głębokich zadrapaniach na rękach a przede wszystkim - co tu dużo gadać - Mickey sam o tym mówił. Jakby szukał naszej sympatii. Wyglądało na to, że opowiadania o tych małżeńskich awanturach były dla niego jakimś masochistycznym samobiczowaniem. Czym by jednak nie były to i tak nie trafiały za bardzo do naszych serc. Kierowcy słuchali, ale potem sarkali, że Mickey jest głupi i przez swoją niewolniczą uległość uwłacza wszystkim mężom.

Chłopak  pochodził  z Quebecu i właśnie dlatego  "zarobił sobie" u nas na tego "Frenchmana". Ralph Pepnic - stary kawalarz i prześmiewca dodał  do tego "The",  bo ile razy zobaczył Mickey'ego w jego Freightlinerze wykrzykiwał:

-O, jedzie słynny trucker z Quebecu - Mickey! Mickey - THE Frenchman!

I tak już zostało.

Po upadku naszej macierzystej firmy Cottrell Transport  jeździliśmy razem w nowej kompanii, dla której nie mieliśmy ani serca ani jakiegokolwiek szacunku. To była praca na przetrwanie, bo każdy z nas szukał czegoś stałego i dobrego.W międzyczasie trzeba było jednak coś robić  żeby przynieść do domu czek, zapłacić rachunki, mortgage i utrzymać rodzinę.

No więc - tak jak powiedziałem - żona naszego "Frenchmana"  tłukła go bez litości i to tym okrutniej, że jedną ręką biła a w drugiej trzymała telefon i wrzeszczała:

- Tylko mnie dotknij i zaraz dzwonię  911 !!!

A Mickey nie mógł sobie pozwolić na kłopoty z policją, bo to mogłoby go doprowadzić  do rozdzielenia z dziećmi,  a te Mickey kochał  bez pamięci. Zresztą nie tylko to...

Za co go biła? A za wszystko! Że przynosi mały czek, że nic w domu nie robi, bo "nigdy" go nie ma, że jest z Quebecu i mówi z akcentem, że nie kupił chleba...

A co miał robić? Pracowaliśmy po czternaście, szesnaście godzin na dobę a czasami jeździliśmy w dalszą trasę na parę dni - człowiek miał szczęście gdy raz, dwa razy w tygodniu mógł zobaczyć dzieci...

Mickey  spłodził dwójkę w jednym z dość krótkich okresów kiedy z żoną było jako tako, co wcale nie znaczy, że dobrze. Tak naprawdę  to dobrze  nie było nigdy. W ogóle ich historia była jak zwariowana kolejka w lunaparku. Góra dół, dół góra.

Mickey opowiadał  to wszystko  z bólem,  złością i  goryczą, a przy tym z jakimś  ogromnym żalem. Klął, wyzywał swoją ciemiężycielkę od suk, kurew, diablic, czarownic i tak dalej,  ale czuło się, że rzuca tymi wyzwiskami  bez przekonania. Chłopcy mówili mu na CB setki razy, żeby rzucił wściekłą babę w cholerę i poszukał sobie innej, ale Mickey zaczynał o dzieciach i że nie może i że to i tamto. Po takich  gadaniach odechciewało się nam dawać jakichkolwiek  rad, bo widać było wyraźnie, że chłopak jest jakiś otumaniony, zahukany, albo zaślepiony.

- Chce, to niech cierpi - mówili kierowcy - jak głupi to co można zrobić?

Niektórzy podejrzewali, że baba ma na niego jakiegoś haka i dlatego może sobie na tyle pozwolić, ale to były tylko takie głupkowate domysły.

Któregoś jednak dnia ujrzałem w tym chorym związku coś więcej.

Zdarzyło się nam pogadać trochę dłużej i przede wszystkim nie na rozplotkowanym CB, tylko - jak to się mówi - twarzą w twarz.

Któregoś dnia braliśmy  ładunki  w tym samym czasie, od tego samego klienta. Goodyear w Bowmanville.   Tak zwani  "lumpers"  ładowali nasze naczepy, mieliśmy trochę czasu więc poszliśmy na kawę.  

Ledwo usiedliśmy w Country Style Donut  Shop i wzięli coś do picia, Mickey zaczął mówić o żonie. Gadał, gadał, szarpał się i przeklinał, aż nagle w jego oczach zobaczyłem łzy.

- Kocham ją - wiesz? Kocham tą kobietę... Nie mogę jej zostawić, bo to by było tak jakbym się odciął od powietrza...

- No przecież traktuje cię jak śmiecia - próbowałem coś tłumaczyć - nie ma dla ciebie litości!

- To nic, to nic - wiesz - jej też nie jest za lekko. Ja cały czas w tej cholernej robocie, ona sama z dziećmi...

- To co chcesz zrobić Mickey? - pytałem. Co ty chcesz zrobić? Przecież tak nie możesz żyć! Dzieci dziećmi, ale w takim związku to ty sobie życie marnujesz!

- Ee tam, ja mogę dużo wytrzymać i ja wiem, że ona mnie kocha, tylko tego okazać nie umie! Ale kiedyś okaże! Na pewno!

I już wiedziałem, że nie ma co dalej mówić, ani tłumaczyć, ani drążyć. Zresztą przyszło mi do głowy, że w życiu nigdy tak nie ma, że wina leży tylko po jednej stronie. Kto wie co tam naprawdę jest?

Czas mijał, jeździliśmy bez przerw i urlopów. Każdy chciał "utrzymać głowę nad powierzchnią wody". O Mickey gadaliśmy coraz mniej. On sam też przycichł, przygasł, ale to milczenie też świadczyło o tym, że w ich związku nadal jest tak jak było.

I nagle wydarzyło się coś, co wszystko zmieniło o sto osiemdziesiąt stopni.

Był lipiec, gorąco i duszno. Jednego ranka Mickey przyszedł  jak zwykle do pracy i gdy przechodził koło mojego trucka zobaczyłem, że niesie małą papierową torebkę. Otworzyłem okno i krzyknąłem:

- Hej Mickey - coś nie za duży lunch dziś wziąłeś! Co to na diecie jesteś?

A Mickey spojrzał na mnie jakby nie zrozumiał, ale zaraz popatrzył na niesioną torebkę i aż zaklął.

-Cholera! Toż to przecież lunch mojego chłopaka do szkoły! Jak ja się tak mogłem pomylić! Shit, shit...Coś rano nie myślałem jak trzeba i wziąłem z lodówki jego lunch. A przecież przygotowałem sobie jedzenie! Co on biedaczek będzie miał???

Stał zagubiony, niezdecydowany, jakiś biedny i bezradny. Już chciałem coś powiedzieć, coś poradzić,  gdy wtem na plac wjechała mała Honda. A Mickey aż się skulił. Poznał samochód żony.

Honda podjechała do nas.Pierwszy raz zobaczyłem osławioną żonę Mickey'ego.

A ona wyszła z auta, podeszła do męża i podała mu dużą torbę. Nie słyszałem co mówiła, bo siedziałem w trucku i silnik już chodził. Mickey stał jak słup soli. A potem wzięła od niego małą torebkę z dziecięcym lunchem i pocałowała go w policzek. Wsiadła do Hondy i już ruszając otworzyła okno i wesoło pomachała Mickey'emu.

Mickey "The Frenchman" stał. Wysiadłem z trucka i podszedłem. Mickey stał jak posąg, ale jego twarz promieniała niewysłowionym szczęściem. Taką  twarz mógł mieć tylko ktoś komu już na szafocie ogłaszają ułaskawienie!

- To twoja żona? - spytałem.

- Tak...

- Wygląda na całkiem fajną babkę. To ona tak cię maltretuje???

Mickey ocknął się trochę.

- Lunch mi przyniosła - zaczął - lunch mi przyniosła i pomachała... Pomachała...

- I pocałowała - dodałem.

- Pocałowała - szepnął Mickey.

Minęło kilka dni. Wróciłem z trasy. Zaparkowałem trucka i szedłem w kierunku mojego auta. Paru kierowców siedziało przy wejściu do "lunch room". Jednym z nich był Mickey, ale innych nie znałem. Musieli przyjechać ze Stanów. I usłyszałem strzęp rozmowy. Ktoś coś opowiadał, był wzburzony i jakby zły, a wtedy Mickey powiedział  głośno, może nawet głośniej niż było trzeba:

- Ja to mam szczęście. Mam szczęście. Moja kobieta nie taka. Lunch mi do roboty przywozi... potem buzi-buzi... A jak odjeżdża to zawsze mi pomacha!  Zawsze!

Marcin63
Wasze komentarze (0) »
Skomentuj »

etransport.pl - nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum i autorów publikacji na stronach parking.etransport.pl. Osoby zamieszczające wypowiedzi i publikacje naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.