blog.etransport.pl
Truck'N'Roll
  
Moja prywatna cena strachu
2012-03-13

To o czym opowiem zdarzylo sie naprawde na KROTKIEJ trasie – I cale szczescie…


Jakis czas temu pilem kawe na truck stopie w Milton gdy wtem zajechal zablocony cabover z platforma szczelnie obciagnieta plandeka z ogromnymi napisami “Hives for hire” – “Ule do pracy”. Tak to sobie przetlumaczylem. Chodzilo o najmowanie uli a wlasciwie pszczol do pracy. Dopilem kawy I wyszedlem przyjrzec sie temu blizej. Kierowca – zwykla, farmerska geba mowil tak:

Hoduje pszczoly I mam ponad dwa tysiace uli. W lecie sadownicy z Minnesoty, Indiany a teraz I z Ontario najmuja u mnie ule, ustawiaja w swoich sadach, pszczoly zapylaja ich drzewa a oni mi za to placa. Proste! Cala rzecz w tym, ze musze je sam przywiezc, rozladowac a potem pod koniec lata zabrac. Pytam dokad. A do Californii – mowi. Albo na Floryde. Tam gdzie jest lato I cieplo I kwitna drzewa. Pszczoly musza pracowac bo to jest nasz wspolny business.

Ten pszczelny interes nie jest ani nowy ani nieznany. Od dawien dawna pasiecznicy z Californii wynajmuja swoje pasieki do pracy w polnocnych stanach I Kanadzie. Niby proste ale jakzez niebezpieczne.

Trasy z Californii do Ontario a potem z Ontario do Texasu czy na Floryde to nie jest jakas tam “mickey mouse” operacja. Wszystko wymaga planu I zgrania bo ostatecznie ma sie do czynienia z zywymi stworzeniami.

Przygladalem sie truckowi I szumiaco - brzeczacemu ladunkowi, ogladalem nylonowa plandeke z napisem “Hives for hire” I moja mysl uciekla w przeszlosc - do innych truckow, tras I pszczol.

Stanal mi przed oczyma dawno zapomniany kurs, ktory zrobilem w latach glebokiej gierkowszczyzny gdy wszystko bylo latwe i nowe a na karku prawie czterdziesci lat mniej.

Mialem w Polsce dobrego przyjaciela - Andrzeja O.  Jego przyrodni brat zalatwil gdzies pod Warszawa piekny kawal ziemi z jeszcze piekniejszym kawalkiem wisniowego sadu. Byly tam jakies rodzinne tradycje I wspomnienia – dosc na tym, ze obaj chlopcy zdecydowali sie na zalozenie pasieki. Rozejrzeli sie po okolicy I kupili tuzin pieknych uli – naturalnie wraz z rojami I wszystkimi przynaleznosciami. Jak mowil Sienkiewicz - …”cum boris, lasis, graniciebus et colonis…”. Jednym slowem interes w calosci! Chodzilo tylko o to aby z podotwockiego gospodarstwa gdzie ule byly kupione przewiezc je na druga strone Warszawy do Babic gdzie rozkwitly sad czekal w tesknocie na swoje oblubienice.

Andrzej przyszedl do mnie wieczorem aby obgadac interes. Taki to juz byl obyczaj w starym kraju. Juz przed switem jechalismy pusta otwocka szosa po ule.

Pszczoly mozna przewozic tylko wtedy jak spia. Tak jest I bezpieczniej I latwiej. Zeby wiezc spiace pszczoly trzeba je zaladowac przed switem. Stad ta nasza wczesno-poranna wyprawa. Do kazdego ula mokra szmatka zatykajaca wejscie potem mala wodka z wlascicielem, zaplata w gotowce /jakze by inaczej? / I w droge.

Ule wiozlem Żukiem z plandeka. Andrzej pojechal autem pare chwil wczesniej. Ulica Bronislawa Czecha, Grzybowska – droga pusta, godzina cos 3.30. Marlboro w buzi, radio cicho brzeczy, kawa na podoredziu. Cieszylem sie z tego interesu, I ze moge pomoc, I ze Andrzej bedzie cos z tego mial. Cos mu sie ostatnio nie wiodlo.

I wtedy poslyszalem a moze “poczulem” wielki szum. W ciagu jednej sekundy wiedzialem, ze pszczoly sie obudzily, ze wyszly z uli I przez uchylone okno wejda do mojej kabiny! To wszystko zlozylo sie w mojej glowie w jeden logiczny ciag. Co I jak – to jeszcze nie bylo jasne ale, ze katastrofa sie zblizala to wiedzialem na pewno.

Rzeczywistosc byla taka: dachy uli polozone luzno na scianach skrzynek poprzesuwaly sie w skaczacym na wertepach ulicznych Żuku. Pobudzone pszczoly zaczely wychodzic z uli I sila rzeczy, trzymajac sie stalego siedziska zaczely pelznac w roznych kierunkach a w tym w kierunku polotwartego okna mojej kabiny.

Gdy odwrocilem glowe w prawo zobaczylem czarno-szara mase owadow przyklejonych do szyby I wlewajacych sie przez uchylone okno do wewnatrz. Jestem normalnym facetem. Czegos tam sie boje a czegos nie. Pszczoly to akurat nie jest cos czego bym sie bal najbardziej ale szczerze powiem, ze ta zbita, drgajaca-ruszajaco-pelzajaco-chodzaca masa zrobila na mnie jakies niesamowite wrazenie. Az mna wstrzasnelo. Przez glowe przelatywaly mi rozne mysli ale wszystko sprowadzalo sie do tego zeby nie dac sie poniesc panice, nie zahamowac, nie wyskoczyc z wozu I nie popedzic na przelaj ogrodkow dzialkowych I posesji. Jechalem dalej a Andrzej jechal przede mna.

Pszczoly tymczasem wlecialy do kabiny I zaczely szczelnie oblepiac sciany, kierownice, moja glowe, rece. Bylem jak sparalizowany. Jak dotad zadna mnie nie ugryzla. Byla to doprawdy jazda jesli nie z piekla to na pewno z ula rodem.

Do Babic byl jeszcze ladny kawalek drogi ale cos mi mowilo, ze musze tam dojechac I ze latwiej nam przyjdzie znalezc rozwiazanie na miejscu – w wisniowym sadzie, z osiemdziesiecioletnim stryjem Andrzeja, ktory czekal tam na nas niz na srodku miejskiej ulicy, wsrod budzacego sie ruchu aut I tramwajow.

Oszczedze Wam szczegolow tej drogi przez meke. Gdy wjezdzalem najspokojniej jak umialem w srodek kwitnacych wisni bylem tak slaby ze strachu, ze niewiele brakowalo a rozplakalbym sie w glos.

I Andrzej I jego stryj I przyrodni brat wiedzieli co sie swieci. Tu na miejscu wszystko bylo prostsze. Pszczoly pokropione woda daly sie zebrac do worka a potem do ula. Wszystko to wolno trwalo I te niekonczace sie rozwazania stryja czy lepiej je okadzic czy pokropic dzialaly mi strasznie na nerwy ale co bylo robic – dalej nie moglem wpasc w panike bo sprawa nie byla zakonczona.

Taki to byl moj “nitroglicerynowo-pszczelny” kurs. Nigdy nie wiesz co ci przyjdzie wiezc!

Dalej stalem I rozmawialem z moim californijskim pasiecznikiem. Chwalil sobie interes. Mowil, ze nie robi zadnych specjalnych pieniedzy ale ma robote, ktora lubi I dobre, proste, rodzinne zycie. Poznal mnie tez ze swoim pomocnikiem – dwudziestoletnim, piegowatym chlopcem, o ktorym tak mowil:

Trzy lata temu przyszedl do mnie daleki znajomy I tak powiedzial: mam chlopca, ktory nie jest zdolny i z ludzmi wspolzyc nie potrafi ale ma jedna zalete -–kocha pszczoly. Wez go do siebie – niech popracuje w pasiece. Ty wiesz – ciagnal – ze ten chlopak to prawdziwy skarb dla mojego businessu. Pszczoly go tak rozumieja, ze zadna go nigdy nie ugryzla a czasem mi sie wydaje, ze mowi z nimi ich jezykiem.

Takie to bylo moje spotkanie w Milton na truck stopie.

Opowiedzialem o nim bo zawsze fascynuje mnie to ilu roznych ludzi spotyka sie w naszej pracy, zawsze innych I ciekawych. O truckingu mozna I zle I dobrze ale z cala pewnoscia nie ma w nim miejsca na nude.

Marcin63
Wasze komentarze (3) »
pikolo78
(2012-04-11 10:10:27)
fajny tekst, dzięki
pozdrawiam Otwock i Babice, czasem tam jeżdże... rowerem
ese
(2012-04-11 16:36:10)
Cóż dodać.. Szacunek i uznanie.
Alex:-}
(2012-05-09 15:36:55)
to fakt, jak tak człowiek powspomina ilu dziwnych i śmiesznych sytuacji był
uczestnikiem, ilu ciekawych ludzi spotkał, ile razy targały nim różne uczucia...
strachu, smutku, radości... to jest to co czyni nasz fach 'czarodziejskim' ; -}
Zobacz więcej »

etransport.pl - nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum i autorów publikacji na stronach parking.etransport.pl. Osoby zamieszczające wypowiedzi i publikacje naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.